Skip to main content
Home » Wyzwania w chorobach rzadkich » Rodzice rozwijający leki tam, gdzie koncernom się nie opłaca
Wyzwania w chorobach rzadkich

Rodzice rozwijający leki tam, gdzie koncernom się nie opłaca

Fot.: Maciej i Małgosia

Gosia i Piotr Koślowie

Rodzice Leny, dziewczynki z syndromem PACS2 – rzadką, nieuleczalną wadą genetyczną. Założyli PACS2 Research Foundation.

Szacowany czas czytania: 7 minut

Cztery lata temu Gosia i Piotr Koślowie dowiedzieli się, że jedna z ich bliźniaczek ma syndrom PACS2 – rzadką, nieuleczalną wadę genetyczną – i zrobili coś, czego w tej części Europy praktycznie nikt przed nimi nie próbował. Dziś szansa na terapię dla Leny i innych dzieci z syndromem PACS2 jest bliżej niż kiedykolwiek.


Jak wyglądała droga do diagnozy i moment, w którym jako rodzice zrozumieliście, z jak rzadką chorobą mierzy się Lena?

W swoje pierwsze święta Bożego Narodzenia Lenka niespodziewanie dostała napadu padaczkowego i pojechaliśmy na SOR. Do końca roku tych napadów było 30. W szpitalu ekspresowo wykonano wszystkie możliwe badania. Na papierze nasze dziecko było zdrowe, ale obraz kliniczny przedstawiał się zgoła odmiennie. W końcu neurolog zaproponowała test WES (Whole Exome Sequencing), który wykazał mutację w genie PACS2. Genetyk nie był nam w stanie za wiele powiedzieć o przebiegu choroby, nie było rekomendacji postępowania z chorym – Lena była drugim dzieckiem w Polsce z tą chorobą. Dotarliśmy do pierwszej rodziny i międzynarodowej grupy opiekunów pacjentów. Na świecie mogło być wówczas ok. 40 chorych.

Co mutacja w genie PACS2 oznacza dla rozwoju dziecka?

Malował nam się obraz choroby łączącej w sobie listę najgorszych rzeczy. Zwykle pierwszym objawem jest padaczka, często trudna do opanowania, a w przyszłości niepełnosprawność intelektualna, spektrum autyzmu oraz opóźniony rozwój psychoruchowy. Zakres zaburzeń u dzieci z grupy był bardzo różny. Nie wyglądało na to, żeby którekolwiek miało szansę na samodzielność. Niektóre nigdy nie zaczęły chodzić i mówić, ale inne się komunikowały. Za dobrą monetę braliśmy to, że Lena została zdiagnozowana bardzo wcześnie. Dzięki ekspresowej diagnozie genetycznej udało się dobrać odpowiedni, aczkolwiek nieoczywisty lek przeciwpadaczkowy i szybko rozpocząć rehabilitację fizyczną, rozwojową, metody komunikacji alternatywnej.

Obecnie Lenka jest w takiej formie, że jeśli dostałaby lek, ma szansę na samodzielność.

Jak choroba Leny wpłynęła na codzienne funkcjonowanie waszej rodziny?

Praktycznie zrobiliśmy nieformalny doktorat na temat etapów rozwoju dziecka, żeby wiedzieć, jak walczyć o kolejne kamienie milowe. Póki Lena jest mała, to najlepszy czas, żeby ją wspierać w domu i na terapiach. Trudno to łączyć z obowiązkami zawodowymi. Musimy też uważać na to, żeby nie zaostrzać u Leny złych nastrojów, napadów złości czy przeciążeń emocjonalnych. Padaczka wisi nad nami, czujemy, że siedzimy na tykającej bombie. Poświęcamy dużo czasu Lenie, ale nie chcemy przez to zaniedbywać Zuzi. Jesteśmy przewrażliwieni, boimy się, żeby niczego niepokojącego i u niej nie przegapić. A jednocześnie to są czteroletnie dzieciaki, którym chcemy też dać choć namiastkę zwyczajnego dzieciństwa.

Gosia i Piotr Koślowie: W lutym dostaliśmy diagnozę, w maju zarejestrowaliśmy PACS2 Research Foundation, a w październiku podpisywaliśmy umowę z pierwszym instytutem w Polsce. Dziś współpracujemy z kilkunastoma ośrodkami po obu stronach oceanu. (Fot.: IDRM University of Oxford)

Kiedy osobista historia przerodziła się w misję?

Chcieliśmy uciec od poczucia bezradności. Dotarliśmy do naukowca z Uniwersytetu Pittsburskiego, który zajmuje się badaniem genów PACS1 i PACS2, i do rodziny prowadzącej w USA fundację dla dzieci z mutacją PACS1. Oni pokazali nam świat, o jakim nie mieliśmy pojęcia. Istnieje tam kilkadziesiąt fundacji dla dzieci z ultrarzadkimi chorobami. Rodzice biorą rozwój leku w swoje ręce tam, gdzie pacjentów jest zbyt mało, by firmy mogły zarobić na rozwoju leku, nie są więc zainteresowane. Rodzice szukają funduszy i ośrodków, które mogłyby prowadzić badania. To nie jest tylko wysiłek zdesperowanych rodziców – są choroby, w których leczenie już się pojawiło właśnie dzięki temu początkowemu zaangażowaniu rodziców. To nam dało nadzieję i impuls do działania.

Taruna Reddy z fundacji dla dzieci z PACS1 dokładnie poinstruowała nas, co musimy zrobić na starcie. Potem mieliśmy takie zabawne historie, że na przykład docent z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zapytał nas, czy wiemy, po co nam te fibroblasty. Mówiliśmy, że „nie, ale Taruna powiedziała, żeby je zrobić, więc robimy” (śmiech).

Nie mieliśmy żadnej wiedzy medycznej, ale podchodziliśmy do tego projektowo.

Zaczęliśmy budować plan badawczy i wypełniać go osobami, które mogłyby wykonywać kolejne kroki. Na początku najłatwiej było nam zainteresować ośrodki w USA, bo taki model współpracy nie był dla nich zaskakujący. W lutym dostaliśmy diagnozę, w maju zarejestrowaliśmy PACS2 Research Foundation, a w październiku podpisywaliśmy umowę z pierwszym instytutem w Polsce. Dziś współpracujemy z kilkunastoma ośrodkami po obu stronach oceanu. Rozwijają one trzy ścieżki leczenia i jedna z nich w kwietniu rozpocznie ostatni etap przedkliniczny [w technologii ASO, czyli antysensownych oligonukleotydów, stosowanych m.in. w terapii SMA – red.]. Potencjalna terapia wykazała działanie na poziomie komórkowym. Staramy się jednak nie szacować jeszcze szans.

Jaką rolę powinni dziś odgrywać pacjenci z chorobami ultrarzadkimi i ich opiekunowie w rozmowie z ekspertami i decydentami?

Coraz więcej mówi się o tym, żeby pacjenci nie byli tylko przedmiotem badań, ale równym partnerem w ich projektowaniu. Tak jest np. w Kanadzie i Irlandii – pacjenci zasiadają w gronie recenzentów konkursów grantowych, jest mocna rekomendacja, by byli partnerem na każdym etapie badań biomedycznych. W Polsce dla niektórych to jest wręcz nie do pomyślenia. Z mojej perspektywy wygląda to inaczej. Pacjent nie będzie przecież kwestionować konstrukcji modelu badawczego czy jego zasadności, ale może mieć lepszy ogląd na dalsze losy badania czy wspierać procesy organizacyjne w całym projekcie.

Wierzymy, że każdy ma swoją rolę do odegrania – i ta współpraca jest kluczowa.

Co w obecnym systemie najbardziej spowalnia rozwój rozwiązań dla chorób ultrarzadkich i co mogłoby to realnie zmienić?

W USA, jeśli ktoś wprowadzi do fazy badań na pacjentach lek na ultrarzadką chorobę, ma szansę otrzymać tzw. voucher priorytetowy o dużej wartości rynkowej. Firma, która go odkupi, może znacząco przyspieszyć proces rejestracji. W Europie brakuje takich instytucjonalnych bodźców. Wielu badaczy obawia się składać wnioski konkursowe. Uważają, że nie mają szans z tymi dotyczącymi chorób cywilizacyjnych.

Brakuje nam również jasnych rekomendacji, jak przenosić terapię z fazy przedklinicznej do klinicznej. Co prawda mamy formę eksperymentu leczniczego lub można potencjalnie zarejestrować badanie kliniczne, jednak wiąże się to z dużym nakładem pracy i kosztów. W USA rekomendacje regulacyjne np. dla technologii ASO są bardzo przejrzyste, a to obniża koszty, przyspiesza dostępność leczenia dla ultrarzadkich pacjentów i zachęca badaczy do działania.

Next article